poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Chłosta "50 twarzy Greya"


                Nuda... to straszne zjawisko. Wtedy w głowach rodzą się przeróżne głupie pomysły. W moim przypadku skończyło się na szczęście (lub nieszczęście) tylko (lub aż) na sięgnięciu po pierwszą część książki „50 twarzy Greya”. Prawdopodobnie to zdarzenie pchnęło mnie do zachęcenia znajomych do wspólnego wypadu do kina. Sława wyprzedza tę pozycję i od początku nastawiona byłam dość sceptycznie.  Zacznijmy jednak od podania kilku faktów.
„50 twarzy Greya” to film zrealizowany na podstawie książki autorstwa E L James. Powieść ta napisana jest językiem niewiele lepszym od wypocin, które właśnie czytasz. Za kamerą stanęła Sam Taylor-Johnson, której jak przypuszczam, podczas kręcenia doskwierała jaskra. Historia dotyczy sadomasochistycznej relacji dwojga kochanków: Christiana Greya – 27 letniego miliardera oraz studentki – Anastasii Steele. Akcja toczy się w deszczowym Seattle.


                Wieczorne seanse zdecydowanie sprzyjają okraszeniu ich małym drinkiem, które oferuje Sala Platinum w Multikinie. Prawdę mówiąc, liczyłam także, że dzięki niemu, podczas seansu ewentualne niezgodności fabuły z książką lub kiepska gra aktorska nie będą tak rażące. Jakże się myliłam. Widocznie aby znieść ten film musiałabym być pijana jak przeciętny polski turysta na all inclusive w Egipcie. Po 15 min, na sali ludzie zaczęli krzyczeć, że chcą zwrotu pieniędzy (podobnie jak emeryci dwa dni w po pokazie garnków w Częstochowie). Nie byłam jednak jedną z tych osób. Postanowiłam dać szansę obrazowi i dalej oglądałam z zaciekawieniem. Z minuty  na minutę było coraz gorzej. Zarówno film, jak i gra aktorska stały leżały na tym samym poziomie - żenującym. Między Marią, a Włodkiem Ziębami, można wyczuć większą chemię niż pomiędzy odtwórcami głównych ról. Jednostajność mimiki bohaterów, wypowiadających swoje kwestie, sprawiała, że miałam ochotę wydrapać sobie oczy. Bardzo ciekawa byłam również przedstawienia bardziej gorszących scen zawartych w książce, jednak nie zostały one uwzględnione w filmie. Nie mam pojęcia dlaczego, ale wątki te zostały niestety pominięte. Przecież nic nie jest w stanie zgorszyć widza bardziej od twarzy Charlize Therone w „Monsterze”, a ona jeszcze dostała za to Oscara, więc gdzie tu logika, Sam?

To do czego nie mogę się przyczepić w filmie to dialogi – niestety tylko dlatego, że pochodzą z książki i bardziej zepsuć się ich nie dało. No dobra, zdjęcia, scenografia i muzyka były bardzo okej. Jednak te czynniki mają takie same szanse na wyciągnięcie tego filmu z dołka, jak Justin Bieber zapraszający Rihanne na randkę. Podsumowując, gdybym miała do wyboru powtórne obejrzenie tego obrazu, lub umieranie bolesną i powolną śmiercią, niewykluczone, że wybrałabym film. Chociaż nie wiem czy to dobrze o nim świadczy.