Nuda...
to straszne zjawisko. Wtedy w głowach rodzą się przeróżne głupie pomysły. W
moim przypadku skończyło się na szczęście (lub nieszczęście) tylko (lub aż) na
sięgnięciu po pierwszą część książki „50 twarzy Greya”. Prawdopodobnie to
zdarzenie pchnęło mnie do zachęcenia znajomych do wspólnego wypadu do kina. Sława
wyprzedza tę pozycję i od początku nastawiona byłam dość
sceptycznie. Zacznijmy jednak od podania
kilku faktów.
„50 twarzy
Greya” to film zrealizowany na podstawie książki autorstwa E L James. Powieść
ta napisana jest językiem niewiele lepszym od wypocin, które właśnie czytasz. Za
kamerą stanęła Sam Taylor-Johnson, której jak przypuszczam, podczas kręcenia
doskwierała jaskra. Historia dotyczy sadomasochistycznej relacji dwojga
kochanków: Christiana Greya – 27 letniego miliardera oraz studentki – Anastasii
Steele. Akcja toczy się w deszczowym Seattle.
Wieczorne
seanse zdecydowanie sprzyjają okraszeniu ich małym drinkiem, które oferuje Sala
Platinum w Multikinie. Prawdę mówiąc, liczyłam także, że dzięki niemu, podczas
seansu ewentualne niezgodności fabuły z książką lub kiepska gra aktorska nie
będą tak rażące. Jakże się myliłam. Widocznie aby znieść ten film musiałabym
być pijana jak przeciętny polski turysta na all inclusive w Egipcie. Po 15 min,
na sali ludzie zaczęli krzyczeć, że chcą zwrotu pieniędzy (podobnie jak emeryci
dwa dni w po pokazie garnków w Częstochowie). Nie byłam jednak jedną z tych
osób. Postanowiłam dać szansę obrazowi i dalej oglądałam z zaciekawieniem. Z minuty na minutę było coraz gorzej. Zarówno film,
jak i gra aktorska stały leżały na tym samym poziomie - żenującym. Między
Marią, a Włodkiem Ziębami, można wyczuć większą chemię niż pomiędzy odtwórcami
głównych ról. Jednostajność mimiki bohaterów, wypowiadających swoje kwestie,
sprawiała, że miałam ochotę wydrapać sobie oczy. Bardzo ciekawa byłam również przedstawienia
bardziej gorszących scen zawartych w książce, jednak nie zostały one
uwzględnione w filmie. Nie mam pojęcia dlaczego, ale wątki te zostały niestety
pominięte. Przecież nic nie jest w stanie zgorszyć widza bardziej od twarzy
Charlize Therone w „Monsterze”, a ona jeszcze dostała za to Oscara, więc gdzie
tu logika, Sam?
To do czego
nie mogę się przyczepić w filmie to dialogi – niestety tylko dlatego, że
pochodzą z książki i bardziej zepsuć się ich nie dało. No dobra, zdjęcia,
scenografia i muzyka były bardzo okej. Jednak te czynniki mają takie same
szanse na wyciągnięcie tego filmu z dołka, jak Justin Bieber zapraszający
Rihanne na randkę. Podsumowując, gdybym miała do wyboru powtórne obejrzenie
tego obrazu, lub umieranie bolesną i powolną śmiercią, niewykluczone, że
wybrałabym film. Chociaż nie wiem czy to dobrze o nim świadczy.
