sobota, 11 czerwca 2016

Otyłość z nadmiaru słodkości gwarantowana, czyli Eleonora i Park



Z natury jestem ciekawską osobą, więc często podczas czytania jakieś książki próbuję dociec co skłoniło autora do jej napisania. Czytając Eleonorę i Parka doszłam do wniosku, że Rowell była na jakimś niezwykłym haju spowodowanym nadmierną ilością słodyczy, bądź napisała swoją powieść dla dziewczynek co dopiero wyrosły z Hanny Montany. Historia zaprezentowana w tej książce jest niczym serial Disney Channel, słodki i tandetnie zagrany (w tym przypadku napisany). 


Książka na samym wstępie zyskała moją sympatię z powodu czasu akcji- 1986 rok, a jak doszło do tego miejsce akcji, czyli Ameryka dostałam niemal zawału. Następnie doszły do tego dobrze skrojone postacie. Wyróżniały się z tłumu pod względem charakteru i wyglądu. Najbardziej do gustu przypadł mi Park, ponieważ był bardziej spontaniczny i pewny siebie niż Eleonora. 

Hmm... i to chyba na tyle tych dobrych słów.

Największym problemem tej książki był narrator. Wcinał się w każdym najmniej odpowiednim momencie. Był niezwykle irytujący. Dodawał do całości zbędne komentarze, które niszczyły atmosferę oraz odbiór czytanej książki. Czytając to poczułam się jakbym słuchała audycji radiowej. Masakra!!!

Jeśli przymknę oko na narratora tej książki to wciąż pozostaje sama historia, która niestety, była tak tandetna i przewidywalna, że z ogromnym trudem powstrzymywałam się przed wyrzuceniem telefonu z ebookiem przez okno, żeby przeczytać ją do końca musiałam użyć silnej woli (czasem i ona nie wystarczyła). Fabuła opowiadania aż ociekała słodkością. Czytając to czułam się jakbym jadła niezwykle słodkie ciasto czekoladowe z polewą czekoladową oraz z ogromną ilością lodów (zaszalejmy!) także czekoladowych. 







Fragmenty, które miały czytelnika szokować,
dla mnie były słodkie, niewinne i zabawne. 
Jak mała panda (urocze stworzenie).











Pomijając fakt, że Eleonora ubierała się jak chłopak, a Parks ubierał się na czarno, czytając to czułam się jakbym patrzyła przez różowe okulary i widziała tęczę i jednorożce dookoła. Mimo to powieść miewała swoje momenty. Bywały takie, które naprawdę wciągały, lecz na krótko, ponieważ zaraz ginęły pod polewą czekoladową z lodami.

Podsumowując: Miał to być bestseller, który miał zawładnąć milionami serc. Miała to być książka, która pokaże, że pierwsza miłość jest cudowna. Cóż... to były tylko oczekiwania. Zamiast tego zostałam obrzucona toną cukru pudru oraz brokatu do tego stopnia, że aż zaparło mi dech w piersi. Książka warta polecenia dziewczynkom w wieku 12-14 lat.


P.S do dziś znajduję resztki cukru pudru i brokatu we włosach!

piątek, 10 czerwca 2016

Frustracja tygodnia czyli służba zdrowia zawsze pomoże!


Ile razy zastanawialiście się gdzie gną te wszystkie babcie w autobusach z rana? Ile to już teorii spiskowych było na ten temat? Myślę, że mogę dołożyć kolejną opisując Wam moje zdarzenie sprzed kilku dni. Otóż one jeżdżą od lekarza do lekarza szukając kogoś kto pomoże – czemu taka teoria? To wnioski nasuwające się z moich ostatnich przygód ze służbą zdrowia.
Mamy poniedziałkowe popołudnie – ładna pogoda, więc wraz z moim chłopakiem stwierdziliśmy zgodnie że warto byłoby spędzić go w sposób aktywny. Padło na koszykówkę. Niestety pech chciał, że nie dane nam było długo nacieszyć się tym pięknym sportem. Tomek (na potrzeby tego wpisu chłopak będzie nosił takie imię) w pogoni za piłką źle postawił nogę na spadku boiska i skręcił stopę. Ale wiecie jak to z prawdziwym facetem bywa – NIC MNIE NIE BOLI itd. Niestety, wytłumaczyć facetowi nic się nigdy nie da, zawsze wiedzą lepiej. Tak więc z bolącą nogą wróciliśmy to domu – „Pogotowie? Masz mnie za mięczaka?” Pogotowie musiało poczekać do wtorku. Wtorek rano Tomek stwierdził, że może to już ten czas kiedy dziewczyna może czasem mieć rację, dlatego też szybko się ogarnęliśmy i ruszyliśmy ku przygodzie.

STACJA PIERWSZA – „Szukajcie a znajdziecie”

Pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmy był szpital przy ul. Przybyszewskiego (godzina przybycia 13). Miejsce dobrze mi znane z moich przygód z NFZ, ale nie o tym ten artykuł. Pani pielęgniarka w recepcji jak zawsze bardzo zapracowana, ale chociaż miła, a to już coś w służbie zdrowia.

Tomek podchodzi do okienka, oczekuje na swój moment – to ten czas kiedy ona unosi wzrok do góry, patrzy na ciebie z politowanie i czeka aż już skończysz mówić, mimo iż jeszcze słowa z siebie nie wydobyłeś. Ale udało się, Tomek miał szansę opowiedzieć o swoim nędznym losie człowieka pokrzywdzonego. Bardzo kulturalnie się przywitał i zaczął mówić, „że noga źle postawiona, że boli, spuchnięta i ledwo chodzi”. I tu zaskoczenie, pani pielęgniarka z miłym tonem głosu mówi, że zaraz coś spróbuje zrobić w tym temacie. Bierze telefon i dzwoni. Oczywiście wraz z Tomkiem byliśmy pełni nadziei, że spokojnie godzinka i do domu wracamy. Hahaha, nic bardziej mylnego. Kobieta odkłada słuchawkę i mówi: „Czas oczekiwania na lekarza to 4-5h, ponieważ ma bardzo pilny przypadek”. Myślę, że możecie wyobrazić sobie nasze zdziwienia na twarzy – szpital ogromny i tylko jeden jedyny lekarz, który akurat zajęty. Ale chyba zobaczyła nasze dziwienie i zniesmaczenie na twarzy, bo po chwili dodała: „Możecie państwo spróbować jeszcze w 2 innych punktach”. Ja delikatnie zdziwiona, Tomek (użyję delikatnego stwierdzenia) wkurzony, no ale co zrobić, jedziemy dalej.

STACJA DRUGA – „Ja tu rządzę”

Zdenerwowani pojechaliśmy dalej, bo ze stopą trzeba było coś zrobić. Obraliśmy kierunek – Wilda i szpital przy ul. 28 Czerwca.
Oczywiście na początek brak parkingu – wiadomo przesadzam, na tak wielki szpital te 5 miejsc spokojnie wystarczy. No ale miejsce znalezione, więc pełni nadziei, że to właśnie to miejsce uleczy mi chłopaka, więc wchodzimy. Ale którędy? I już na początku schody, które wejście wybrać. Tak, wybraliśmy to złe. No ale Tomek człowiek poszukiwacz, poszedł przodem szukając tropu SORu. Znalazł! Ale jak tam wejść? Pytacie dlaczego? Dla tych, którzy tego szczęścia w życiu nie mieli, żeby odwiedzić tą placówkę, już tłumaczę. Mianowicie, jeśli wejdziecie głównym wejście to od razu skręcacie w lewo i prosto. Idziecie korytarzem, który czasy Gierka to bankowo pamięta i co widzicie? Zasłonkę po waszej lewej stronie. Za zasłonką pani pielęgniarka przyjmująca petentów. A to wszystko obudowane ścianką. Jak się tam dostać? A kto to wie. Tomek odważny, mówi „Zapytam się kogoś”. Hahah, kolejny błąd w przeciągu kilku godzin. Słowo „tam” jako odpowiedź mówi wszystko. UWAGA, okazuje się, że są drzwi z napisem „Poczekalnia” i to właśnie przez te magiczne drzwi dostaliśmy się do upragnionej recepcji. Jeśli myślicie, że to już koniec to możecie odetchnąć z ulgą – NIE. Podchodzimy do okienka, powtarza się sytuacja z poprzedniego miejsca, mianowicie Tomek oczekuje na łaskawe pozwolenie na odezwanie się, kulturalnie się wita i próbuje powiedzieć co i jak, i co? „43” ostentacyjny, chamski głos pokazujący na drzwi. I tle w temacie. Nie wiesz co i jak. No ale podeszliśmy do drzwi. Dowiadujemy się, że w środku pacjent i 2 jeszcze przed nami – czyli pójdzie szybko. Taaaaaaaaa. Godzina spędzona na poczekalni, zero wyjścia z gabinetu (pewnie myślicie sobie, że mogliśmy zapukać – w szpitalu pukać do drzwi? Karta wisi, że wołają, i że obowiązuje kolejka). Tu następuje moment wzburzenia furii w Tomku. Ale, że samochód mamy, prawo jazdy oboje mamy to mówię jedziemy do pkt 3, może tam nam się uda. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. W tym miejscu należy dodać, że nie wspominam dużo na temat wzburzenia Tomka, bo słów niecenzuralnych zamieszczać nie zamierzam. Za dużo by tego było.

STACJA TRZECIA – „Do trzech razy sztuka”

Kilometry jazdy, milion stopni w samochodzie (poruszamy się moim mały, czarnym punciakiem – mały ale wariat) i multum czasu straconego jak na razie.
Punkt trzeci to szpital przy ul. Lutyckiej. Dojechaliśmy jakimś cudem. Tu też milion wejście, wybrałam to złe. Ale miła pani w okienku pokierowała nas do właściwego miejsca. Jesteśmy w końcu! Na wejściu wita nas uśmiechnięta pani, która prosi o krótki opis zdarzenia i dane Tomka. Ulga, tak to można opisać, że ktoś w końcu się nami normalnie zajmuje. Zostaliśmy skierowani pod konkretny pokój – należy zauważyć, że pomimo tego, iż w poprzednim budynku czas również zatrzymał się na wizycie Gierka, to tu jest ładnie, czysto i zielono. A przede wszystkim już bardziej cywilizowanie. Cóż, trzeba przyznać, że trochę pod drzwiami się nasiedzieliśmy, ale po jakimś czasie przyszedł ten moment, kiedy Tomek został wyczytany, wszedł do gabinetu i został „obsłużony”.
Czas zakończenia naszej tułaczki to 18. To dokładna godzina opuszczenia przez nas szpitala. Dodam, że w czasie, w którym Tomek czekał na przyjęcie do gabinetu zdążyłam wraz z koleżanką skoczyć jeszcze obejrzeć mieszkanie na Jeżycach i zjeść lody w „Wytwórni lodów tradycyjnych” ( milion razy lepsze są jednak z „Kolorowej”).
WNIOSKI DWA:
1.       Służba zdrowia w tym państwie to jedna wielka kpina. Panie pielęgniarki są tak przyjazne, że oczy sobie lepiej wydłubać. A jak już masz sobie coś zrobić, to zabieraj ze sobą zawsze książkę, krzyżówki i suchy prowiant na czas oczekiwania na pomoc – człowiek głodny to człowiek zły!
2.       Nie dziwią mnie ci starsi ludzie o tak wczesnych porach w komunikacji miejskiej. Jeśli oni maja tak na co dzień, jak my mieliśmy we wtorek to nie wiem czy chcę być stara i czy będę miała siły na chorowanie.

Poziom frustracji? MILION.


Jak używać schodów ruchomych?








niby takie proste a jednak większość społeczeństwa tego nie rozumie...


jedna osoba stoi po prawej stronie, a obok towarzysz czy towarzyszka, zajmując razem całą szerokość stopnia. I z żadnej strony nie ma przejścia. Zdarza się też, że tylko jedna osoba, stojąca po środku, blokuje schody. Gdyby ktoś chciał dodatkowo iść po schodach, by szybciej pokonać tę drogę, miałby naprawdę trudne zadanie.


<---- NA ZDJĘCIU KLASYCZNA                                   SYTUACJA

Są tacy co twierdzą, iż po to są ruchome schody, by nie musieć po nich chodzić! I w części należy im przyznać rację. Nie mamy obowiązku dodatkowo stąpać po schodach, które i tak zawiozą nas do celu, możemy spokojnie na nich stać. Natomiast, jeśli ktoś ma ochotę lub po prostu śpieszy się, to nie możemy tarasować mu przejścia!


Zwróćmy uwagę, iż nie zawsze w pobliżu ruchomych schodów są normalne, o których często się mówi „dla tych, co dbają o kondycję"







Pamiętajmy o potrzebach innych: Stójmy przy prawej poręczy ruchomych schodów i pozwólmy śpieszącym się przejść lewą stroną! :):) 


środa, 8 czerwca 2016

"Przystanek wiedeński" na Strzeleckiej!

Co to w ogóle jest "przystanek wiedeński"?

Przystanek wiedeński to specjalna platforma, przy której zatrzymują się tramwaje i wypuszczają pasażerów. Dzięki podwyższeniu ponad poziom jezdni łatwiej do pojazdów tramwajowych wejść osobom starszym lub niepełnosprawnym. Jednocześnie konstrukcja podwyższenia sprawia, że kierowcy samochodów muszą zwolnić. 

Kto to w ogóle wymyślił?

Kierowcy niemal nie mają możliwości, by przejechać przez przystanek wiedeński przy Kupcu Poznańskim, tak by nie łamać przepisów.




Nie wiem, dlaczego postanowiono tworzyć przystanki wiedeńskie w Poznaniu. Tym bardziej, że bardzo trudno przez nie przejechać samochodem, tak by nie łamać przepisów -zgodnie z przepisami można tylko przejechać przez ten przystanek, lecz nie można się na nim zatrzymać. To jednak jest niemożliwe, gdyż tuż za nim znajduje się przejście dla pieszych. Kierowcy wciąż przepuszczają przechodniów i muszą zatrzymywać auta na platformie. tak więc pieszy rządzi, a frustracja niektórych kierowców jest wręcz nie do opisania! :) Jestem bardzo zdziwiona, że miasto zdecydowało się na budowę czegoś, co wymusza łamanie prawa i naraża kierowców na mandaty. Nie wierzysz?? Przyjdź sprawdzić.


wtorek, 7 czerwca 2016

Jak to robią single?

Na tapetę trafia kolejny film, w którym główną rolę odgrywa Dakota Johnson. No cóż, tak bywa! Najnowszy film Christiana Dittera, autora "Love Rosie", jest jak spotkanie z najlepszymi przyjaciółkami - pod warunkiem, że przyjaźnisz się z Lindsay Lohan, Paris Hilton i Britney Spears i też jesteś średnio rozgarnięta. Będzie ciężko. Będą tańce, nuda, alkohol, gadki o życiu, oklepane teksty, chwile refleksji i dużo momentów, kiedy nie będziesz do końca wiedzieć czy to czas na śmiech czy zażenowanie.

  

Główną bohaterkę filmu, Alice (Alice? Who the F is Alice?!), poznajemy, kiedy postanawia zrobić sobie przerwę w swoim czteroletnim związku z nudnym jak flaki z olejem Joshem. Właśnie do niej dotarło, że jeszcze nigdy nie była sama (Brawo Yeti). Teraz Alice chce się dowiedzieć, czego naprawdę pragnie. Ciekawi ją, jak wygląda życie, gdy nie jest się od nikogo zależnym. Na swoje szczęście poznaje w nowej pracy idealną osobę, która oprowadzi ją po tym nieznanym dotąd świecie. 
Postać granej przez Rebel Wilson koleżanki to prawdziwa aktorska zagadka. Momentami jest naprawdę super, a chwilami zastanawiasz się po prostu „dlaczego?”. Genialna Australijka o rozbrajającym vis comica skrępowana tak słabym scenariuszem. Nie będę podsumowywała o czym jest ten film i jakie problemy porusza ale nie dlatego, żeby nie psuć wam zabawy, ale dlatego że po prostu nie warto.


Nie ma co udawać: to film skierowany głównie do dziewczyn. Może wśród niektórych znajdzie zwolenniczki. Po seansie, obraz skłonił mnie jednak do jakiejś refleksji. Brzmiała ona: Kto zwróci mi te zmarowane 2h z życia?

czwartek, 2 czerwca 2016

TOP 4 FRUSTRATO TYGODNIA


4. Przepełnione i niepunktualne „82”

Czy ktokolwiek widział, czy ktokolwiek słyszał, czy ktokolwiek wie co się dzieje z 82? A może zapytam inaczej- czy linia 82 w ogóle istnieje?
Na to co się dzieje na tej felernej trasie szkoda słów, lecz powiem jedno zdecydowanie trasę z Poznań Górczyn-  os. Wichrowe Wzgórza (nie, nie chodzi mi o książkę) pokonasz szybciej „z buta”.
P.S. Polecam linię wszystkim tym, którzy chcą się spóźnić do pracy, szkoły czy też na uczelnie.


3. Ciągle zmieniająca się pogoda

Jedną z najbardziej frustrujących mnie ostatnio rzeczy jest wieczna zmiana pogody. Jak na kobietę przystało lubię wyglądać modnie, ładnie i wygodnie, więc swój strój dobieram do warunków panujących na zewnątrz. Kiedy jest zimno ubieram na siebie coś grubszego co ogrzeje moje wiecznie przemarznięte do szpiku kości ciało, zaś kiedy jest cieplej ubieram coś cieńszego i zwiewnego, aby przypadkiem się  „nie ugotować”. W tym tygodniu pogoda postanowiła się zbuntować, tym samym doprowadzając moją osobę do białej gorączki.
Rano od razu po przebudzeniu, lecę jak poparzona do okna, by „obczaić” pogodę. Widząc na nieboskłonie słońce na moim pyszczku wykwita uśmiech wielkości banana „chikita”, myślę to będzie super dzień, tak więc po wykonaniu wszelkich porannych czynności wraz z ubraniem się wyruszam na uczelnię. Jak duża była moja frustracja, gdy w drodze pogoda zdążyła zmienić się pięciokrotnie. Ze słonecznej i ciepłej zmieniała się o 360 stopni w zimną, wietrzną i deszczową. I tak w kółko. Po dotarciu do celu wyglądam jak bym z dziczy uciekła. Wcześniej ułożone i błyszczące się włosy po takiej przechadzce wyglądają strasznie. Nie dość, że są mokre jakbym dopiero co z wanny wyszła to i stoją każdy w inna stronę. Makijaż, który nałożyłam przed wyjściem rozmazał się całkowicie, a ciuchy? Brak słów! Są całkowicie przemoczone i brudne od błota i wszelkiego rodzaju świństwa, które niesie ze sobą wiatr.
I jak tu nie kochać wiosennej pogody?


2. Kolejki w Manekinie

Znacie to uczucie, gdy po całym dniu na uczelni jesteście głodni , tak że moglibyście zjeść konia razem z kopytami? Ja je znam aż za dobrze. Po diabelnie ciężkich 5-6 godzinnym wysłuchiwaniu monotonnych i jakże fascynujących wykładów (czuj ten sarkazm) mój żołądek niemalże zjada sam siebie, a ja nie myślę o niczym innym jak o wbiciu swoich zębów w przepysznego naleśnika prosto z Manekina. Jednak moje plany krzyżuje jeden ogromny i długi problem- KOLEJKA!!
„Manekin” to 3- poziomowy lokal o dużej powierzchni (co wiąże się z dużą ilością miejsc-  widocznie niewystarczającą). Restauracja od otwarcia do zamknięcia jest okupywana przez gromadę głodnych klientów. Dostanie się do środka jest wręcz niemożliwe zwłaszcza w godzinach popołudniowych.
Po dotarciu na miejsce mam ochotę rzucić się na wszystkich tych ludzi sterczących przed wejściem jak słupy i zagryźć bądź zadrapać ich na śmierć, wszystko to po to, aby dostać się do wnętrza budynku.
Na szczęście przed rozpętaniem krwawej masakry powstrzymuje mnie mój żołądek. Dlatego też najczęściej moja wizyta, w tej że restauracji kończy się na planach, a ja ląduję w „Chatce u dziadka” (dużo smacznego jedzenia z niską cenę… Mniam!!!)


1. Jeżdżące zakupy

Zastanawiasz się pewnie teraz o co chodzi z jeżdżącymi zakupami, tak? To ja ci powiem. Jak to na studentkę przystało często poruszam się po Poznaniu tramwajem czy też autobusem i białej gorączki dostaje jak widzę „mohery”, które wracają z zakupów, a szlag mnie bierze jak widzę, że ich wypakowane po brzegi torby zakupowe zajmują kolejne miejsce.
Należy pamiętać, że nogi ma się tylko jedne, a od stania w tramwaju/ autobusie nabawię się żylaków w przyszłości, a w upalne dni moje nogi będą przypominały dwa czerwone, opuchnięte kabanosy. O omdleniach i zawrotach głowy nie wspominam.
UWAGA!

Czytelniku jeśli robisz tak samo kładź te zakupy na ziemię, nic im się nie stanie (chyba).

środa, 1 czerwca 2016

Szybkie i smaczne orzeźwienie!


Nachodzi lato – czas świeżych owoców prosto z sadów. Kto z nas nie lubi zjeść malin lub jagód prosto z krzaka? Ilu z nas nie czeka na moment, kiedy pojawia się polskie słodkie truskawki? Założę się że każdy ma jakiś swój przepis na ten wspaniały owoc. My dzisiaj przedstawimy Wam nasz pomysł na truskawkę – LODY! Cóż lepszego może być latem jak nie połączenie wspaniałych owoców ze słodyczą lubianą przez wszystkich? 




Składniki:
2 kg świeżych truskawek (obranych i pokrojonych)
      3 łyżki cukru (więcej lub mniej w zależności od słodkości truskawek)
             2 łyżki soku z cytryny
             skórka z połowy cytryny
       opcjonalne : plasterki kiwi, sok marchewkowo-pomarańczowy




Wykonanie:
1. W misce wymieszaj pokrojone truskawki i cukier. Odstaw na 10-15 minut, aby truskawki puściły sok.
2. W blenderze połącz ze sobą mieszankę truskawek z cukrem, soku z cytryny i skórkę z cytryny. Blenduj do uzyskania jednolitej masy.
3. Wlej masę truskawkową do wcześniej przygotowanych na lody i umieść w zamrażarce.
4. Mroź przez około 3-4 godzin.

*  W przypadku korzystania z kiwi , umieść kilka plasterków kiwi wewnątrz formy. Plasterki powinny przylegać do boków. Następnie wlej przecier truskawkowy i zamroź.
   Jeśli dodałeś soku z marchwi i pomarańczy , dodaj go po napełnieniu połowy formy truskawkową masą. Następnie zamroź normalnie.

I voila! SMACZNEGO!