Ile razy zastanawialiście się
gdzie gną te wszystkie babcie w autobusach z rana? Ile to już teorii spiskowych
było na ten temat? Myślę, że mogę dołożyć kolejną opisując Wam moje zdarzenie
sprzed kilku dni. Otóż one jeżdżą od lekarza do lekarza szukając kogoś kto
pomoże – czemu taka teoria? To wnioski nasuwające się z moich ostatnich przygód
ze służbą zdrowia.
Mamy poniedziałkowe popołudnie –
ładna pogoda, więc wraz z moim chłopakiem stwierdziliśmy zgodnie że warto
byłoby spędzić go w sposób aktywny. Padło na koszykówkę. Niestety pech chciał,
że nie dane nam było długo nacieszyć się tym pięknym sportem. Tomek (na
potrzeby tego wpisu chłopak będzie nosił takie imię) w pogoni za piłką źle
postawił nogę na spadku boiska i skręcił stopę. Ale wiecie jak to z prawdziwym
facetem bywa – NIC MNIE NIE BOLI itd. Niestety, wytłumaczyć facetowi nic się
nigdy nie da, zawsze wiedzą lepiej. Tak więc z bolącą nogą wróciliśmy to domu –
„Pogotowie? Masz mnie za mięczaka?” Pogotowie musiało poczekać do wtorku.
Wtorek rano Tomek stwierdził, że może to już ten czas kiedy dziewczyna może
czasem mieć rację, dlatego też szybko się ogarnęliśmy i ruszyliśmy ku
przygodzie.
STACJA PIERWSZA – „Szukajcie a
znajdziecie”
Pierwszym miejscem
jakie odwiedziliśmy był szpital przy ul. Przybyszewskiego (godzina przybycia
13). Miejsce dobrze mi znane z moich przygód z NFZ, ale nie o tym ten artykuł.
Pani pielęgniarka w recepcji jak zawsze bardzo zapracowana, ale chociaż miła, a
to już coś w służbie zdrowia.

Tomek podchodzi do okienka,
oczekuje na swój moment – to ten czas kiedy ona unosi wzrok do góry, patrzy na
ciebie z politowanie i czeka aż już skończysz mówić, mimo iż jeszcze słowa z
siebie nie wydobyłeś. Ale udało się, Tomek miał szansę opowiedzieć o swoim
nędznym losie człowieka pokrzywdzonego. Bardzo kulturalnie się przywitał i
zaczął mówić, „że noga źle postawiona, że boli, spuchnięta i ledwo chodzi”. I
tu zaskoczenie, pani pielęgniarka z miłym tonem głosu mówi, że zaraz coś spróbuje
zrobić w tym temacie. Bierze telefon i dzwoni. Oczywiście wraz z Tomkiem
byliśmy pełni nadziei, że spokojnie godzinka i do domu wracamy. Hahaha, nic
bardziej mylnego. Kobieta odkłada słuchawkę i mówi: „Czas oczekiwania na
lekarza to 4-5h, ponieważ ma bardzo pilny przypadek”. Myślę, że możecie
wyobrazić sobie nasze zdziwienia na twarzy – szpital ogromny i tylko jeden
jedyny lekarz, który akurat zajęty. Ale chyba zobaczyła nasze dziwienie i
zniesmaczenie na twarzy, bo po chwili dodała: „Możecie państwo spróbować
jeszcze w 2 innych punktach”. Ja delikatnie zdziwiona, Tomek (użyję delikatnego
stwierdzenia) wkurzony, no ale co zrobić, jedziemy dalej.
STACJA DRUGA – „Ja tu rządzę”
Zdenerwowani pojechaliśmy dalej,
bo ze stopą trzeba było coś zrobić. Obraliśmy kierunek – Wilda i szpital przy
ul. 28 Czerwca.

Oczywiście na początek brak
parkingu – wiadomo przesadzam, na tak wielki szpital te 5 miejsc spokojnie
wystarczy. No ale miejsce znalezione, więc pełni nadziei, że to właśnie to
miejsce uleczy mi chłopaka, więc wchodzimy. Ale którędy? I już na początku
schody, które wejście wybrać. Tak, wybraliśmy to złe. No
ale Tomek człowiek poszukiwacz, poszedł przodem szukając tropu SORu. Znalazł!
Ale jak tam wejść? Pytacie dlaczego? Dla tych, którzy tego szczęścia w życiu nie
mieli, żeby odwiedzić tą placówkę, już tłumaczę. Mianowicie, jeśli wejdziecie
głównym wejście to od razu skręcacie w lewo i prosto. Idziecie korytarzem,
który czasy Gierka to bankowo pamięta i co widzicie? Zasłonkę po waszej lewej
stronie. Za zasłonką pani pielęgniarka przyjmująca petentów. A to wszystko
obudowane ścianką. Jak się tam dostać? A kto to wie. Tomek odważny, mówi
„Zapytam się kogoś”. Hahah, kolejny błąd w przeciągu kilku godzin. Słowo „tam”
jako odpowiedź mówi wszystko. UWAGA, okazuje się, że są drzwi z napisem
„Poczekalnia” i to właśnie przez te magiczne drzwi dostaliśmy się do
upragnionej recepcji. Jeśli myślicie, że to już koniec to możecie odetchnąć z
ulgą – NIE. Podchodzimy do okienka, powtarza się sytuacja z poprzedniego
miejsca, mianowicie Tomek oczekuje na łaskawe pozwolenie na odezwanie się,
kulturalnie się wita i próbuje powiedzieć co i jak, i co? „43” ostentacyjny,
chamski głos pokazujący na drzwi. I tle w temacie. Nie wiesz co i jak. No ale
podeszliśmy do drzwi. Dowiadujemy się, że w środku pacjent i 2 jeszcze przed
nami – czyli pójdzie szybko. Taaaaaaaaa. Godzina spędzona na poczekalni, zero
wyjścia z gabinetu (pewnie myślicie sobie, że mogliśmy zapukać – w szpitalu
pukać do drzwi? Karta wisi, że wołają, i że obowiązuje kolejka). Tu następuje
moment wzburzenia furii w Tomku. Ale, że samochód mamy, prawo jazdy oboje mamy
to mówię jedziemy do pkt 3, może tam nam się uda. Jak pomyśleliśmy tak
zrobiliśmy. W tym miejscu należy dodać, że nie wspominam dużo na temat
wzburzenia Tomka, bo słów niecenzuralnych zamieszczać nie zamierzam. Za dużo by
tego było.
STACJA TRZECIA – „Do trzech razy sztuka”
Kilometry jazdy, milion stopni w
samochodzie (poruszamy się moim mały, czarnym punciakiem – mały ale wariat) i
multum czasu straconego jak na razie.
Punkt trzeci to szpital przy ul.
Lutyckiej. Dojechaliśmy jakimś cudem. Tu też milion wejście, wybrałam to złe.
Ale miła pani w okienku pokierowała nas do właściwego miejsca. Jesteśmy w
końcu! Na wejściu wita nas uśmiechnięta pani, która prosi o krótki opis
zdarzenia i dane Tomka. Ulga, tak to można opisać, że ktoś w końcu się nami
normalnie zajmuje. Zostaliśmy skierowani pod konkretny pokój – należy zauważyć,
że pomimo tego, iż w poprzednim budynku czas również zatrzymał się na wizycie
Gierka, to tu jest ładnie, czysto i zielono. A przede wszystkim już bardziej
cywilizowanie. Cóż, trzeba przyznać, że trochę pod drzwiami się nasiedzieliśmy,
ale po jakimś czasie przyszedł ten moment, kiedy Tomek został wyczytany, wszedł
do gabinetu i został „obsłużony”.
Czas zakończenia naszej tułaczki
to 18. To dokładna godzina opuszczenia przez nas szpitala. Dodam, że w czasie,
w którym Tomek czekał na przyjęcie do gabinetu zdążyłam wraz z koleżanką
skoczyć jeszcze obejrzeć mieszkanie na Jeżycach i zjeść lody w „Wytwórni lodów
tradycyjnych” ( milion razy lepsze są jednak z „Kolorowej”).
WNIOSKI DWA:
1. Służba
zdrowia w tym państwie to jedna wielka kpina. Panie pielęgniarki są tak
przyjazne, że oczy sobie lepiej wydłubać. A jak już masz sobie coś zrobić, to
zabieraj ze sobą zawsze książkę, krzyżówki i suchy prowiant na czas oczekiwania
na pomoc – człowiek głodny to człowiek zły!
2. Nie
dziwią mnie ci starsi ludzie o tak wczesnych porach w komunikacji miejskiej.
Jeśli oni maja tak na co dzień, jak my mieliśmy we wtorek to nie wiem czy chcę
być stara i czy będę miała siły na chorowanie.
Poziom frustracji? MILION.