piątek, 10 czerwca 2016

Frustracja tygodnia czyli służba zdrowia zawsze pomoże!


Ile razy zastanawialiście się gdzie gną te wszystkie babcie w autobusach z rana? Ile to już teorii spiskowych było na ten temat? Myślę, że mogę dołożyć kolejną opisując Wam moje zdarzenie sprzed kilku dni. Otóż one jeżdżą od lekarza do lekarza szukając kogoś kto pomoże – czemu taka teoria? To wnioski nasuwające się z moich ostatnich przygód ze służbą zdrowia.
Mamy poniedziałkowe popołudnie – ładna pogoda, więc wraz z moim chłopakiem stwierdziliśmy zgodnie że warto byłoby spędzić go w sposób aktywny. Padło na koszykówkę. Niestety pech chciał, że nie dane nam było długo nacieszyć się tym pięknym sportem. Tomek (na potrzeby tego wpisu chłopak będzie nosił takie imię) w pogoni za piłką źle postawił nogę na spadku boiska i skręcił stopę. Ale wiecie jak to z prawdziwym facetem bywa – NIC MNIE NIE BOLI itd. Niestety, wytłumaczyć facetowi nic się nigdy nie da, zawsze wiedzą lepiej. Tak więc z bolącą nogą wróciliśmy to domu – „Pogotowie? Masz mnie za mięczaka?” Pogotowie musiało poczekać do wtorku. Wtorek rano Tomek stwierdził, że może to już ten czas kiedy dziewczyna może czasem mieć rację, dlatego też szybko się ogarnęliśmy i ruszyliśmy ku przygodzie.

STACJA PIERWSZA – „Szukajcie a znajdziecie”

Pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmy był szpital przy ul. Przybyszewskiego (godzina przybycia 13). Miejsce dobrze mi znane z moich przygód z NFZ, ale nie o tym ten artykuł. Pani pielęgniarka w recepcji jak zawsze bardzo zapracowana, ale chociaż miła, a to już coś w służbie zdrowia.

Tomek podchodzi do okienka, oczekuje na swój moment – to ten czas kiedy ona unosi wzrok do góry, patrzy na ciebie z politowanie i czeka aż już skończysz mówić, mimo iż jeszcze słowa z siebie nie wydobyłeś. Ale udało się, Tomek miał szansę opowiedzieć o swoim nędznym losie człowieka pokrzywdzonego. Bardzo kulturalnie się przywitał i zaczął mówić, „że noga źle postawiona, że boli, spuchnięta i ledwo chodzi”. I tu zaskoczenie, pani pielęgniarka z miłym tonem głosu mówi, że zaraz coś spróbuje zrobić w tym temacie. Bierze telefon i dzwoni. Oczywiście wraz z Tomkiem byliśmy pełni nadziei, że spokojnie godzinka i do domu wracamy. Hahaha, nic bardziej mylnego. Kobieta odkłada słuchawkę i mówi: „Czas oczekiwania na lekarza to 4-5h, ponieważ ma bardzo pilny przypadek”. Myślę, że możecie wyobrazić sobie nasze zdziwienia na twarzy – szpital ogromny i tylko jeden jedyny lekarz, który akurat zajęty. Ale chyba zobaczyła nasze dziwienie i zniesmaczenie na twarzy, bo po chwili dodała: „Możecie państwo spróbować jeszcze w 2 innych punktach”. Ja delikatnie zdziwiona, Tomek (użyję delikatnego stwierdzenia) wkurzony, no ale co zrobić, jedziemy dalej.

STACJA DRUGA – „Ja tu rządzę”

Zdenerwowani pojechaliśmy dalej, bo ze stopą trzeba było coś zrobić. Obraliśmy kierunek – Wilda i szpital przy ul. 28 Czerwca.
Oczywiście na początek brak parkingu – wiadomo przesadzam, na tak wielki szpital te 5 miejsc spokojnie wystarczy. No ale miejsce znalezione, więc pełni nadziei, że to właśnie to miejsce uleczy mi chłopaka, więc wchodzimy. Ale którędy? I już na początku schody, które wejście wybrać. Tak, wybraliśmy to złe. No ale Tomek człowiek poszukiwacz, poszedł przodem szukając tropu SORu. Znalazł! Ale jak tam wejść? Pytacie dlaczego? Dla tych, którzy tego szczęścia w życiu nie mieli, żeby odwiedzić tą placówkę, już tłumaczę. Mianowicie, jeśli wejdziecie głównym wejście to od razu skręcacie w lewo i prosto. Idziecie korytarzem, który czasy Gierka to bankowo pamięta i co widzicie? Zasłonkę po waszej lewej stronie. Za zasłonką pani pielęgniarka przyjmująca petentów. A to wszystko obudowane ścianką. Jak się tam dostać? A kto to wie. Tomek odważny, mówi „Zapytam się kogoś”. Hahah, kolejny błąd w przeciągu kilku godzin. Słowo „tam” jako odpowiedź mówi wszystko. UWAGA, okazuje się, że są drzwi z napisem „Poczekalnia” i to właśnie przez te magiczne drzwi dostaliśmy się do upragnionej recepcji. Jeśli myślicie, że to już koniec to możecie odetchnąć z ulgą – NIE. Podchodzimy do okienka, powtarza się sytuacja z poprzedniego miejsca, mianowicie Tomek oczekuje na łaskawe pozwolenie na odezwanie się, kulturalnie się wita i próbuje powiedzieć co i jak, i co? „43” ostentacyjny, chamski głos pokazujący na drzwi. I tle w temacie. Nie wiesz co i jak. No ale podeszliśmy do drzwi. Dowiadujemy się, że w środku pacjent i 2 jeszcze przed nami – czyli pójdzie szybko. Taaaaaaaaa. Godzina spędzona na poczekalni, zero wyjścia z gabinetu (pewnie myślicie sobie, że mogliśmy zapukać – w szpitalu pukać do drzwi? Karta wisi, że wołają, i że obowiązuje kolejka). Tu następuje moment wzburzenia furii w Tomku. Ale, że samochód mamy, prawo jazdy oboje mamy to mówię jedziemy do pkt 3, może tam nam się uda. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. W tym miejscu należy dodać, że nie wspominam dużo na temat wzburzenia Tomka, bo słów niecenzuralnych zamieszczać nie zamierzam. Za dużo by tego było.

STACJA TRZECIA – „Do trzech razy sztuka”

Kilometry jazdy, milion stopni w samochodzie (poruszamy się moim mały, czarnym punciakiem – mały ale wariat) i multum czasu straconego jak na razie.
Punkt trzeci to szpital przy ul. Lutyckiej. Dojechaliśmy jakimś cudem. Tu też milion wejście, wybrałam to złe. Ale miła pani w okienku pokierowała nas do właściwego miejsca. Jesteśmy w końcu! Na wejściu wita nas uśmiechnięta pani, która prosi o krótki opis zdarzenia i dane Tomka. Ulga, tak to można opisać, że ktoś w końcu się nami normalnie zajmuje. Zostaliśmy skierowani pod konkretny pokój – należy zauważyć, że pomimo tego, iż w poprzednim budynku czas również zatrzymał się na wizycie Gierka, to tu jest ładnie, czysto i zielono. A przede wszystkim już bardziej cywilizowanie. Cóż, trzeba przyznać, że trochę pod drzwiami się nasiedzieliśmy, ale po jakimś czasie przyszedł ten moment, kiedy Tomek został wyczytany, wszedł do gabinetu i został „obsłużony”.
Czas zakończenia naszej tułaczki to 18. To dokładna godzina opuszczenia przez nas szpitala. Dodam, że w czasie, w którym Tomek czekał na przyjęcie do gabinetu zdążyłam wraz z koleżanką skoczyć jeszcze obejrzeć mieszkanie na Jeżycach i zjeść lody w „Wytwórni lodów tradycyjnych” ( milion razy lepsze są jednak z „Kolorowej”).
WNIOSKI DWA:
1.       Służba zdrowia w tym państwie to jedna wielka kpina. Panie pielęgniarki są tak przyjazne, że oczy sobie lepiej wydłubać. A jak już masz sobie coś zrobić, to zabieraj ze sobą zawsze książkę, krzyżówki i suchy prowiant na czas oczekiwania na pomoc – człowiek głodny to człowiek zły!
2.       Nie dziwią mnie ci starsi ludzie o tak wczesnych porach w komunikacji miejskiej. Jeśli oni maja tak na co dzień, jak my mieliśmy we wtorek to nie wiem czy chcę być stara i czy będę miała siły na chorowanie.

Poziom frustracji? MILION.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz